wielki mróz i ostry wiatr tekst

Zimowy krem ochronny do twarzy na wiatr i mróz 50 ml Bebble. 12, 99 zł. 21,98 zł z dostawą. Produkt: Krem do pielęgnacji Bebble 50 ml 60 g. kup do 16:15 - dostawa w poniedziałek. Aby wybrać najlepszy krem do twarzy na wiatr i mróz w 2022 roku, zapoznaj się z naszym zestawieniem zimowych kremów do twarzy 2022. Można mu zaufać, ponieważ wszystkie opisywane przez nas produkty zyskały ponad 9,93 punktu w pięciostopniowej skali i polecane są przez wiele użytkowniczek Allegro. Those Poor Bastards - Drown In The River - tekst piosenki, tłumaczenie piosenki i teledysk. Zobacz słowa utworu Drown In The River wraz z teledyskiem i tłumaczeniem. Twoje usta ją ogrzały. i smak marzeń jej nadały. Lecz wystarczy trwać przy sobie, mróz nie szkodzi mnie i Tobie. Miłego, wspaniałego dnia, uśmiech serduszka wraz z. całuskiem zostawiam. Na dzień dobry. Ranek piękny zimowy zagląda w twe okienko piękna panienko. Mróz maluje pejzaż na twej szybie. Były, są, będą całkowicie moje. "Unieść ciężar zamglenia twej postaci, kiedy. stajesz się we mnie, w wąskiej kresce między. pamięcią a wyobraźnią: zapomniana i jeszcze. niewymyślona, dym z płonących liści. Kiedy byłaś i jaka, czy będziesz i kiedy. ściągnę w kontur twój zarys. W zmęczonym pośpiechu. nonton film lust caution movie sub indo. Tekst piosenki: To przyszło jak morza śpiew, słodki śpiew I łoskot fali, granie fal w krzyku mew Wielki wiatr, słony wiatr, wiatr, słony wiatr Dzień, zwykły dzień, szary dzień snuje się Ulica wre, lecz słyszę, ktoś woła mnie Wielki wiatr, słony wiatr, wiatr, słony wiatr Wiem, chciałeś, by inaczej było W kolejce dni, zwykłych dni Wiem, to nie ty, to twoja miłość Lecz dla mnie inny smak życie ma Nie dojdę dziś do twych rąk, do twych ust Dokoła mnie żegluje w noc Wielki Wóz Wielki wiatr, słony wiatr, wiatr, słony wiatr Ach, uwierz mi, tak już jest, tak musi być Kto wszystko ma, ten nie ma nic, nie ma nic Tylko wiatr, słony wiatr, wiatr, słony wiatr Wiem, chciałeś, by inaczej było W kolejce dni, zwykłych dni Wiem, to nie ty, to twoja miłość Lecz dla mnie inny smak życie ma To przyszło jak morza śpiew, słodki śpiew I łoskot fali, granie fal w krzyku mew Woła mnie wielki wiatr, wiatr, słony wiatr Wiatr, wielki wiatr, wiatr, słony wiatr (x2) [Refren] Oby moim celem były tylko tarcze Oby mój przyjaciel nie był moim wrogiem Oby nasze kule zawsze leciały z wiatrem Bym był przygotowany, gdy zło stanie przed mym progiem Oby moim celem były tylko tarcze Oby mój przyjaciel nie był moim wrogiem Oby nasze kule zawsze leciały z wiatrem Bym był przygotowany, gdy zło stanie przed mym progiem Oby moim celem były tylko tarcze Mój przyjaciel nigdy nie był moim wrogiem Nasze kule zawsze leciały tylko z wiatrem [Zwrotka 1] Mawiają: "Mądry jastrząb kryje swe szpony" Nocą nie mogę zasnąć, z oddali dobiega wilczy skowyt Puszcza mym domem, tutaj nie czuję się zagrożony Stały kamuflaż, wrodzony instynkt samoobrony Komu dziś ufać, komu? Kilku kamratów sprawdzonych w boju Kto Cię osłoni ogniem? Kto nie zostawi na walki polu? Czasy są podłe, twym wrogiem stał się przyjaciel domu Nie proś o rozejm, zrozum, zawiodłeś, nie mogę pomóc Nie patrzę w tył, słabe jednostki zwalniają tempo Przetrwasz lub nie, zginiesz czy będziesz żył, wszystko mi jedno Moja drużyna u szczytu sił, wierna maksymie mori memento Homo homini, homo est, N O N represento Całe swe życie przygotowuję się na decydującą bitwę Zegar wybije próby godzinę, kto wówczas stanie przy mnie Gdy trzeba, krok wykonam wstecz, krzywdą odpłacę za krzywdę Obym we śnie rozpoznał twarze wrogów, bo fałsz czai się za winklem [Zwrotka 2] Biegnę boso po lesie, podążam tropem zwierzyny Z dala od zdeptanych ścieżek przemierzam fałna labirynt Człowiek niby jak zwierzę lepiony z podobnej gliny Nie pytaj mnie w co dzisiaj wierzę, natura świata twórczyni Mawiają "Co czynisz, wraca", wokół mawiają więcej niż czynią Dziś do źródeł powracam idąc przez ziemię zwaną niczyją Tęsknię do swego brata, za chlebem wyjechał z rodziną Za wodą życie na nowo układa i oby wiatr mu sprzyjał Znalazłem swe miejsce z dala od ludzi, bliski mi świat przyrody Hartuję ducha, rozgrzewam, jak stal, zanurzam do zimnej wody Czekam na mróz, gdy rzekę skuwa lód, nadchodzą szczodre gody Noc ustępuje miejsca dniu, przeżywam słońca wschody Nikt nie będzie żył za mnie, nikt za mnie nie będzie umierał Możemy współczuć, nawzajem wspierać, lecz nikt nie przejmie cierpienia Sięgam wstecz, wybiegam daleko w przód, oddycham tu i teraz Śpiewam pieśń, odpowiedź gwiżdże wiatr, słucha jej Matka Ziemia [Refren] Oby moim celem były tylko tarcze Oby mój przyjaciel nie był moim wrogiem Oby nasze kule zawsze leciały z wiatrem Bym był przygotowany, gdy zło stanie przed mym progiem Oby moim celem były tylko tarcze Oby mój przyjaciel nie był moim wrogiem Oby nasze kule zawsze leciały z wiatrem Bym był przygotowany, gdy zło stanie przed mym progiem Oby moim celem były tylko tarcze Mój przyjaciel nigdy nie był moim wrogiem Nasze kule zawsze leciały tylko z wiatrem Szanowny Kliencie, z uwagi na znaczny wzrost zainteresowania ofertą drogerii internetowej informujemy, że czas realizacji zamówień wysyłkowych może ulec że dokładamy wszelkich starań, aby zamówienia realizowane były w możliwie jak najkrótszym za niedogodności i prosimy o wyrozumiałość dla zespołu III. Biły dzwony na pogrzebie Michała Żegoty, Każde uderzenie żelaznych, rozkołysanych serc posępną drgało żałobą, każde zamierało w konającym jęku. Test w mowie dzwonów dziwna właściwość. Raz łkają rzewnie, raz rwą się z rozpaczą, to znowu dźwięczą pogodną melodją pożegnania, lub płaczą ze smutku. Każdemu inaczej dzwonią, każdego innym głosem żegnają. Nie płakały dzwony na pogrzebie Michała Żegoty. I ludzie nie płakali. Uginały się ramiona pod ciężką, dębową trumną, pod nogami skrzypiał śnieg. Szli prędko, bo mróz był wielki i dął ostry północny wiatr. Nad grobem słów kilka powiedział ksiądz i krótkie mowy wygłosili minister Karczewski i poseł Kołkiewicz, który wraz z kilku innymi przybyli na pogrzeb z Warszawy. Przyjęciem gości zajmował się wyłącznie Dowmunt, gdyż Ewa czuła się tak osłabiona, że nie protestowała, gdy dr. Frumkin kazał jej zaraz po powrocie z cmentarza położyć się do łóżka. Przy obiedzie mówiono o zmarłym, cytowano jego powiedzonka, trochę wzdychano i pito dużo wódki. Później Andrzej musiał jednemu z przybyłych, redaktorowi Englowi, podać szczegóły z życia Żegoty do nekrologów. Przed wieczorem goście wyjechali na kolej i Andrzej zabrał się do czytania testamentu. Był to duży pakiet, zaadresowany na jego nazwisko i opatrzony lakowemi pieczęciami. Żegota wszystko co posiadał zapisywał Ewie i Jankowi. Majątek ich miał być administrowany przez Dowmunta, któremu testator udzielał wolnej ręki w sprawach lokaty. Dokument był sporządzony notarjalnie, co wykluczało wszelkie ewentualne kłopoty w kwestji opieki. Dla załatwienia wszanże formalności Andrzej musiał pojechać do Łucka. Dopiero w wagonie przeczytał trzy listy Marty. Pogodne były, ciche i czułe. Emanowały tą harmonją, w której zamykało się jej życie wewnętrzne, harmonją brzmiącą dziś dla niego niezrozumiale, obco, daleko, wplatającą się dysonansem w tragiczną jego rzeczywistość. Dziwnie małe i dziwnie śmieszne były dziś te monumentalne kolumnady, na których tak niedawno jeszcze oparł gmach swojej egzystencji. Przyszedł podmuch przeszłości i oto chwieją się, jak szałas z gałęzi, szałas koczownika, który tu tylko popasał w swej wędrówce. Czy tylko popadał?… Andrzej nie chciał patrzeć w przyszłość. Kurczowo trzymał się nakazów dnia dzisiejszego, drżąc na myśl, że jednak trzeba będzie spojrzeć dalej, że nie uniknie, konieczności jakiegoś postanowienia. Wiedział ponad wszelką wątpliwość, co dziś czynić należy. Wiedział, że musi zająć się zorganizowaniem życia wdowy i jej syna, że obowiązkiem jego jest zrobić to jak najlepiej, że trzeba rozejrzeć się w ich sprawach majątkowych i sprawdzić, czy lokaty są korzystne — słowem wiedział, że bez udziału wewnętrznych pobudek uczuciowych ma wyraźnie nakreślony plan działania. Pragnął tą świadomością zagłuszyć świadomość inną, świadomość odpowiedzialności przed Ewą, przed synem, przed Martą i najcięższej — przed sobą samym. Narazie pochłonęła go krzątanina. W Łucku był w sądzie, u rejenta i u adwokata, z którym omówił warunki wydzierżawienia Ostapówki, nazajutrz zabrał z gimnazjum dokumenty Janka. Dyrektor, nerwowy, szczupły blondyn z przesadnym entuzjazmem wyśpiewał całą serję peanów pochlebnych o zdolnościach i o charakterze chłopca. — Monolit, panie, monolit! — powtarzał co kilka zdań, a Dowmuntowi, chociaż zdawał sobie sprawę z egzaltacji pedagoga, było niezmiernie przyjemnie słuchać tych zachwytów. Spostrzegł, że sprawiają mu one taką radość, jakąby czuł, gdyby to o nim samym była mowa. Wyjeżdżając nazajutrz do Warszawy, na kilka godzin wpadł do Ostapówki. Ewa leżała jeszcze w łóżku. Od Janka dowiedział się, że jest bardzo osłabiona. Musiał jednak z nią się zobaczyć, by omówić kwestję mieszkania i szkoły, do której w stolicy chciałaby oddać chłopca. Pokój był cały błękitny. Przywitała go nikłym uśmiechem: — Właściwie mówiąc, nic mi nie jest i mogłabym wstać. Zaprotestował. Lepiej jest odpocząć, choćby tydzień, niż później ponosić przykre konsekwencje. Zresztą niema nic pilnego. Opowiedział, co załatwił w Łucku. Adwokat mówił że bardzo łatwo znajdzie dzierżawcę. Tymczasem może gospodarować ekonom. Co do Warszawy, Ewa nie miała żadnych życzeń. Będzie dobrze tak, jak Andrzej obmyśli. Znowu starannie unikali mówienia sobie po imieniu i nie schodzili z tematów praktycznych. Było to nad wyraz męczące dla obojga, tembardziej, że szybko się wyczerpały, a rozstać się było tak trudno. — Za dwa tygodnie w każdym razie mieszkanie będzie gotowe i można będzie przyjechać — powiedział Dowmunt i jednocześnie pomyślał, że dwa tygodnie to bardzo długi okres czasu. Zamienili jeszcze kilka zdań i Andrzej wstał. W milczeniu ucałował jej rękę… Małą podłużną rękę o atłasowej skórze… Jeszcze teraz, siedząc w sankach, czuł na wargach jej drżący dotyk. Nigdy w życiu nie widział rąk tak pięknych i tak plastyczną mających wymowę. Nigdy nie widział rąk, któreby subtelniej charakteryzowały usposobienie, charakter, zamiłowania i niemal każdą myśl, posiadającej je istoty. Nadbiegły porównania. Lena?… Marta?… Irka?… Inne?… Nie — żadna z nich. Ewa jest jak storczyk. Właśnie, jak storczyk. Leśny storczyk, wysmukły i skromny, pachnący mocno, odurzająco, ale nie tak natarczywie, jak tuberoza… Tak: jeżeli Ewa jest storczykiem, to Lena jest tuberozą, a Marta różą… Uśmiechnął się: — Bawię się w porównania sztubackie. Pociąg wlókł się niemiłosiernie. Na stacjach stał tak długo, że można było sądzić, że wogóle dalej ruszyć nie zamierza. W wagonie było pusto. Dopiero na jakimś małym przystanku do przedziału Dowmunta wsiadł gruby Żyd, cierpiący na astmę. — Może panu szkodzi dym papierosa? — zapytał Dowmunt. — Bynajmniej. Pan będzie łaskaw. Ja sam palę. Tylko moja astma nie znosi zapachu żyta. Nawąchałem się i teraz mam atak. — Żyta? — zdziwił się Dowmunt. — Tak, proszę pana. Czego ja już nie robiłem. I do Berlina jeździłem leczyć się i do Holandji i do Szwajcarji i nie mogę pozbyć się tej idjosynkrazji mego organizmu do żyta. I to właśnie najśmieszniejsze, że do żyta. — Dlaczego najśmieszniejsze? — Bo ja jestem kupcem zbożowym. — Aha!… — Od dziecka robię w zbożu. — No i jakże interesy? — Źle — skrzywił się kupiec — ceny pod psem, a urodzaj zapowiada się na dobitek ogromny. — Tak pan sądzi? A z czego pan wnioskuje? — Z różnych rzeczy. Mam, proszę pana, praktykę. Czy po trzydziestu latach nie można mieć praktyki?… — A konkurencja nie dokucza? — Przepraszam pana, a skąd może być konkurencja? My sobie w zgodzie żyjemy. Jeden ma ten rejon, drugi — tamten. Skąd konkurencja? — Słyszałem, — zaryzykował Andrzej — że jakaś polska firma buduje elewatory i ma zamiar na wielką skalę handel zbożem prowadzić. Żyd uśmiechnął się dobrotliwie: — Proszę pana i ja słyszałem. Firma „Adrol“ No i co? — Konkurencja. — Co ja panu powiem? Widzi pan, w każdym interesie, czy to w rządzie, czy w polityce, czy w handlu, najważniejsze jest nie to, co się zamierza, tylko kto zamierza? Osoba! Człowiek! Rozumie pan? — Jego metody, jego psichołogja. — Słusznie. — Otóż, proszę pana, co jest „Adrol“? „Adrol” to jest sobie taki szlachcic kresowy, co w Ameryce dorobił się pieniędzy, taki półarystokrata — półszlachcic, pan Dowmunt. Prawda, on ma duże pieniądze, ale szlachta zawsze miała pieniądze, a niech pan powie, czy było choć pięciu takich szlachciców, co na handlu coś zarobili? Nie, bo taka ich psichołogja. Przepraszam pana, pan, widzę, też jest szlachcic, ale jest pan człowiek rozumny, a rozumny człowiek nigdy się nie obrazi, kiedy jemu powiedzą, że on ma wrodzony brak do tego, czy innego… — Ja się też nie obrażam. Bynajmniej. Ale dlaczego pan sądzi, że ten pan Dowmunt nie może zrobić dobrego interesu, skoro sam pan mówi, że w Ameryce dorobił się dużych pieniędzy? — Otóż to, dlatego, że w Ameryce. Ja się pana pytam, czy u nas jest taki stan ekonomiczeskij, jak w Ameryce? Czy u nas pieniądz jest taki tani, jak w Ameryce?… Nie, u nas wszystko jest zupełnie inaczej, niż w Ameryce. A jak zaczął ten pan Dowmunt?… On zaczął jak w Ameryce. On założył wielkie biura, on wynajął masę urzędników, on robi i w węglu, i w fabrykach, i na giełdzie, i w zbożu. On odrazu na wiele interesów rzucił pieniądze. Proszę pana, ja panu tak powiem: ja, dzięki Bogu, mam kilka miljonów rocznego obrotu. Dlaczego mnie może wystarczyć jeden pomocnik buchaltera, któremu ja płacę za parę godzin wieczorowych sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie? Dlaczego mnie może wystarczyć jedna maszynistka za sto złotych? Dlaczego moje biuro, to jest jeden pokój, z wejściem przez kuchnię? — Stary system. — Co znaczy stary? Dobry system, bo choć ja nie mam ani biur, ani samochodów, a powiadam panu, że nie znajdzie pan w Polsce takiego banku, coby mnie bez żadnego żyra pół miljona na pierwsze słowo nie dał. I w Berlinie pan nie znajdzie, i w Gdańsku, i w Wiedniu. Choć ja jestem sobie zwykły Jakób Klajnadel z ulicy Smoczej. Pytam się dlaczego? — Bo oni wiedzą, co ja zarabiam i że ja będę zarabiać. Bo ja muszę zarobić, bo ja muszę mieć największy zysk, jaki można tylko wyciągnąć z interesu. Nas, w Polsce, proszę pana, nie stać na amerykański system, my jeszcze przy łojówce musimy pracować, a nie przy elektryczności. I Żydzi to wiedzą. A co kładzie najlepsze interesy Polaków? — Kładzie to, że oni nie wiedzą. Oni pół kapitału pakują w założenie interesu, drugie pół zjadają koszty administracji, a na obrót, to pożyczać trzeba na lichwiarski procent. I za przeproszeniem, niech się pan rozejrzy, a zobaczy pan, że u nas wszyscy żyją nad stan. Może pan powie, dlaczego ja jadę pierwszą klasą, kiedy taniej byłaby trzecią? To ja panu powien, to tylko kalkulacja. Jak ja pojadę trzecią, to tam tłok i zaduch i ja potem przez dwa dni cierpię na astmę i nie mogę nic robić. Gdybym był zdrów, napewno nie byłoby mnie stać na pierwszą. Bo „stać“ to nie to, ile kto może na coś wydać. Może pan zna to żydowskie powiedzenie, że jak Żyd je kurę, to albo kura była chora, albo Żyd jest chory. Bo kura kosztuje sześć — siedem złotych, a śledź tylko pięćdziesiąt groszy. I to jest nasza psichołogja. — Ma pan dużo racji, — zażartował Dowmunt — ale czy to jest dobry system uczyć mnia, Polaka, jak należy robić interesy? A nuż z pańskich wskazówek skorzystam?… Twarz kupca rozszerzyła się w uśmiechu: — Nie skorzysta pan. — Dlaczegóżby nie? — Bo taka pańska psichołogja. — Naturę można przełamać. — Owszem, czasem możno. Ale co ja panu powiem: Mój jeden brat, to jest rabinem w Pińsku, mój drugi brat jest dyrektorem banku w Kopenhagen, mój trzeci brat jest profesorem Uniwersytetu w Jerozolimie. To oni są mądrzy i bardzo wykształceni ludzie. A ja jestem prosty człowiek i handluje zbożem… Ale jak mnie ten brat z Jerozolimy wytłumaczył, że wielki nasz uczony, Einstein, całą naukę wywrócił do góry nogami swoją teorją, że powiedział i udowodnił, że wszystko nie jest tak, jak do tej pory myśleli uczeni, tylko może być zupełnie coś innego, to ja zapytałem brata: a co może być? Co ten Einstein zamiast tego daje? …To brat powiada, że nic nie daje. To jak mój brat, ten z Kopenhagen, przyjechał w goście do tego rabina w Pińsku, to ja im to opowiadam. A mój brat, rabin, bardzo mądry człowiek, namyślił się i mówi: — Ty, Jakób, masz rację. My, Żydzi, mamy taką psichołogję, że nieprawdę zawsze znajdziemy, a nowej prawdy dać nie umiemy, bo nasz mózg jest kryticzny i negatiwny. Żaden prawdziwy Żyd nic nowego nie wymyśli, ale za to Żyd najlepiej każdą nową myśl rozwinie i wykorzysta. — Ja jestem nie uczony człowiek, ja tylko gimnazję skończyłem, ale tak sobie myślę, że mój brat, rabin piński, ma dobrą głowę. — Ale cóż to ma do handlu? — Co ma? Co ma mieć? Wszystko! Handel, to jest taka rzecz, gdzie trzeba mieć psichołogję krityczną i trzeba mieć wielką wytrzymałość, a nie trzeba nic nowego stwarzać. To znaczy, że handel jest akuratnie dla Żydów. Inne nacje, naprzykład słowianie, mogą dobre interesy robić na przemyśle, na rolnictwie, ale w handlu zawsze stracą, bo taka ich psichołogja. — Słowem, według pańskiej filozofji, każda rasa zgóry jest do czegoś przeznaczona i w swojej gałęzi może dojść do perfekcji, a wyjątków być nie może? — Dlaczego nie. Bywają. Ale tylko wyjątki. — No, a co pan powie o Żydach zasymilowanych, spolszczonych? Przecież u nas prawie cała gruba finansjera z Żydów się wywodzi? — Co ja powiem? Ja to powiem, że oni jeszcze są finansjerą. Ale ich dzieci, ich wnuki, to już nie będą finansjerą. Oni, doszedłszy do miljonów, zaczęli się wstydzić śledzia, a kura kosztuje sześć, albo siedem złotych. Oni zaczęli starać się przemienić w Polaków. Niektórym udało się, ale do handlu to już głowę stracili. A konstruktiwnej psichołogji nie nabrali. Dlatego ich dzieci już nie będą finansjerą. Kura codzień kosztuje siedem złotych, a w roku jest trzysta sześćdziesiąt pięć dni. — No dobrze, a czy nie obawiasz się pan, że i pańskie, dajmy na to, wnuki zechcą się zasymilować? — Jak taki jest porządek, czy nieporządek rzeczy, to co ja na to poradzę? Była już późna godzina i obaj wyciągnęli się na kanapach. Po chwili przedział napełnił się głębokiem stentorowem chrapaniem kupca. Dowmunt nie spał. Rozważał poglądy, które tylko co słyszał, a które uderzyły go swą trafnością. Zwłaszcza nurtowała go myśl, że „stać nas jeszcze tylko na łojówkę“ i że wyjątki bywają, a zatem „Adrol” musi być wyjątkiem. Pod czaszką zaczęły się przesuwać cyfry, pozycje, projekty, zaczęły się krzyżować sądy i wątpliwości, zaczął wyłaniać się w mglistych jeszcze zarysach plan rewizji przedsiębiorstwa, jego działalności, rewizji od podstaw. I nie — wiedział śpiący kupiec zbożowy, Jakób Klajnadel, że na niebezpieczny dla siebie grunt rzucił ziarna swoich spostrzeżeń, że w wagonie można spotkać człowieka, który potrafi nagjąć swoją „psichołogję“. Rytmiczny, leniwy stukat kół na spoidłach szyn wplótł się w rozważania Dowmunta, jak miarowy tykot metronomu, rozdzielał myśli, rozłamywał je na małe cząsteczki, rozbijał w nic nieznaczące sylaby… Z pod nich zaś wyjrzała ssąca, bolesna i słodka tęsknota. "Ciesząc się 40 godzin z górą wspaniałym widokiem Bajkału, ja i Piotr mój służący poodmrażaliśmy sobie twarze. Jest to bez wątpienia uwaga tak błaha, że nawet na wzmiankę, pośród opisu pięknej przyrody, zasługiwać by nie powinna". To fragment wspomnień Eugeniusza Żmijewskiego, który zimą 1844 r. konnym zaprzęgiem przedzierał się przez skute lodem Morze Syberii. Z czego wynikał zachwyt polskiego zesłańca? Czy zamarznięte jezioro naprawdę może być tak piękne? Pojechaliśmy nad Bajkał zimą. Nie można się przyzwyczaić Kiedy jesteśmy już w Listwiance, bajkalskim "kurorcie", nie mamy wątpliwości co do wrażeń Żmijewskiego. Świeci ostre słońce, a na błękitnym niebie nie ma ani jednej chmurki. Termometry pokazują minus dwadzieścia stopni, ale powietrze jest tak suche, że chłodu prawie nie odczuwamy. Przed nami otwiera się śnieżno-lodowa pustynia zimowego Bajkału. Najtrudniej jest pierwszy raz wyjść na lód. Tafla jest tak przezroczysta, że stąpając po niej, nie widzimy powierzchni, na której stoimy. Możemy obserwować oświetlone ostrym słońcem kamienie na dnie i ryby. Mamy wrażenie, że unosimy się w powietrzu, jednocześnie czując pod stopami twarde oparcie. Lód zdaje się uginać pod naszym ciężarem, tak jakby miał się zaraz zawalić. Po dwóch-trzech krokach musimy z trwogą uciekać na brzeg. Obok, na jeziorze stoi obojętnie trzech facetów w wielkich futrzanych czapach i czarnych kurtach ze skóry. Palą najtańsze papierosy prima, rozkuwają zamarznięty poprzedniej nocy przerębel i patrzą na nas jak na idiotów. Pół godziny później jesteśmy już jako tako oswojeni z bajkalskim lodem. Pieszo, wzdłuż brzegu ruszamy po jeziorze z Listwianki do położonej 20 km dalej osady Bolszyje Koty. Zimą w zamarzniętych Kotach mieszka zaledwie kilkanaście osób. Można tam dojechaćć po jeziorze - albo pieszo lub konno przez porośnięte tajgą góry. Wieczorem w kuchni u Anny Nikołajewnej w pobielonym piecu trzaskają palące się drwa, a przez okna między brzozami prześwituje ostra czerwień zachodzącego słońca. Rozmawiamy... Nagle z zewnątrz docierają potężne, głuche huki - strzela lód, który podczas gwałtownej zmiany temperatury napręża się i pęka. - Bywają takie dni, że strzela tak, jakby to była kanonada artyleryjska - mówi Anna Nikołajewna. - Człowiek mieszka tu, nad brzegiem tyle lat, a jednak Bajkał ciągle wzbudza strach. Do tego nie można się przyzwyczaić. Dla Buriatów, rdzennych mieszkańców tej ziemi, było to święte morze. Teraz też tutejsi ludzie się go boją, czują respekt przed jego mocą i wielkością. Najstarszy, najgłębszy, najczystszy Bajkał to najbardziej zadziwiające jezioro na świecie. Jest najgłębsze - 1637 m - i najstarsze, bo zaczęło powstawać w wyniku ruchów tektonicznych 30 mln lat temu. Liczący ponad 600 km długości i 80 km szerokości rów wypełnia 1/5 światowych zapasów słodkiej wody. W Bajkale funkcjonuje unikatowy ekosystem z tysiącem endemitów, czyli gatunków roślin i zwierząt nie występujących nigdzie indziej na świecie. Niezwykłe gatunki raczków (odkryte głównie przez Benedykta Dybowskiego - polskiego zesłańca), nazywane "sanitarną armią Bajkału", oczyszczają zbiornik z resztek organicznych i sprawiają, że woda jest prawie tak czysta jak destylowana (przezroczystość wynosi 40 m). Miejscowi kierowcy wlewają ją prosto do akumulatorów w swoich wołgach i łazikach. Jeziora nie zdołał zatruć nawet ogromny kombinat celulozowy w Bajkalsku, od ponad 40 lat wpuszczający do niego ścieki. Bajkał ze wszystkich stron otaczają pasma górskie, których najwyższe szczyty sięgają 2500 m ponad poziom wody. Stoki bajkalskich gór w większości porasta tajga, w której dominują modrzewie i limby syberyjskie. Część wybrzeży pokrywają reliktowe stepy - identyczne jak w Mongolii. Latem najpiękniejsze miejsca nad Bajkałem to niewielkie zatoczki, w których tafli odbija się żywa zieleń rosnących nad brzegiem lasów, oraz okolice, gdzie powierzchnia lodowatej wody kontrastuje z połaciami pofalowanych stepów. Urokowi tych pejzaży nie potrafią oprzeć się nawet ci, którzy przed przyjazdem na Syberię zwiedzili już pół świata. Ale i tak najpiękniejszy i najbardziej niesamowity Bajkał staje się zimą! Tafla wody zamienia się wtedy w lodowo-śnieżną pustynię, która skrzy się w promieniach ostrego słońca. Bajkał zamarza Kiedy w listopadzie na Syberii Wschodniej trzaska srogi mróz i wszystkie rzeki w okolicy skute są już grubym lodem, po Bajkale można jeszcze żeglować. Proces wychładzania i zamarzania tak wielkiego zbiornika wody jest na tyle złożony i długotrwały, że stabilna pokrywa lodowa tworzy się na nim dopiero w połowie zimy. Tymczasem pierwszy etap kształtowania się scenografii zimowego Bajkału zaczyna się pod koniec października. Na przemarznięte przybrzeżne skały wzburzone fale wyrzucają wodę, której krople błyskawicznie lodowacieją na podłożu. Sukcesywnie skaliste urwiska pokrywają się w ten sposób grubą skorupą z lodu, który z czasem przybiera postać ogromnych, fantazyjnych rzeźb. Równocześnie, od pierwszych dni grudnia, próbuje zamarznąć powierzchnia Bajkału. Początkowo jest to walka mrozu i wiatru. W nocy ten pierwszy tworzy na wodzie cieniutkie płatki lodu oraz nieco grubsze lodowe szybki, które później nie wytrzymują powiewów bryzy - łamią się i znikają. Przez wiele dni mróz musi podjąć naprawdę wiele nieudanych prób zamrożenia jeziora, by w końcu powierzchnia syberyjskiego morza pokryła się trwałą warstwą lodu. Zwykle Bajkał zamarza - czy, jak mówią miejscowi, "wstaje" - w styczniu. Później pod wpływem zmian temperatury pokrywa lodowa rozszerza się i ścieśnia, przez co w jednych miejscach tworzą się w niej szczeliny, a gdzie indziej odłamki skruszonego lodu wyrzucane są na powierzchnię. Kilkaset metrów wody pod stopami Wszystkie formy, budujące krajobraz zimowego Bajkału, są tak spektakularne, że - kiedy uda się już wyjść na lód - doprawdy trudno jest się po nim poruszać. Idąc przez lodową pustynię, co kilkanaście kroków zatrzymujemy się, kucamy, przyglądamy czemuś, fotografujemy, dotykamy i z wrażenia śmiejemy się jak głupi do sera. Niesamowite są kilkumetrowej wysokości lodowe "organy", przymarznięte do klifowych przylądków. W niektórych miejscach pomiędzy ich piszczałkami udaje się znaleźć wejście do grot, których ściany zbudowane są z idealnie przejrzystego lodu, podświetlanego ostrymi promieniami słońca. Rażące światło pozwala też dokładnie oglądać powierzchnię pokrywy lodowej. Gdzieniegdzie w jednorodnej tafli zatopione są wielokątne białawe szybki lodu, połamane przez wiatr i dopiero później zatrzymane w miejscu przez ostrzejszy mróz. Tworzą one obrazy niemal wyjęte z twórczości kubistów. Miejscami powierzchnia lodu jest chropowata (gdy do zamarzającej wody padał gęsty śnieg) albo idealnie śliska - tu trzeba mieć się na baczności, bo wywrotka jest nieunikniona. Po drodze musimy obchodzić liczące kilkaset metrów kwadratowych pola torosów, czyli lodu spiętrzonego na powierzchni. Niekiedy wyglądają one, jakby na środek Bajkału wyrzucono kilka wagonów potłuczonych szyb. W innych miejscach na taflę wyniesione są bloki lodu wielkości furgonetki. Niesamowita jest świadomość, że idziemy po cienkiej warstwie lodu, mając pod stopami nawet kilkaset metrów wody. Do bani! Mimo wszystko, w tym zamarzniętym, sterylnym i z pozoru nieprzyjaznym środowisku toczy się życie. W położonych nad samym brzegiem jeziora Bolszych Kotach każdego ranka gospodynie wychodzą na lód, by rozkuć zamarzający co noc przerębel. W cynkowych wiadrach przynoszą do domu wodę. Cztery dziewczynki dzielnie maszerują po śniegu do szkoły. Mężczyźni uruchamiają wysłużone motocykle z przyczepkami oraz niemniej sfatygowane łaziki i wyjeżdżają na Bajkał na ryby. Niektórzy rybacy na cały sezon zimowych połowów zaciągają samochodami na lód specjalne "chatki" - opierające się na stalowym stelażu i przykryte plandeką z folii i brezentu. Wewnątrz pomiędzy ławkami rozkuwają przerębel, a pod ścianą umieszczają prosty, metalowy piecyk, który dostarcza ciepła przez długie godziny spędzone wśród lodu. Mając taką bazę, na jeziorze mogą spędzać nawet kilka dni i do domu wracają dopiero, gdy ich skrzynie zapełnią się rybami. Łowią głównie omule - najpopularniejszy gatunek w Bajkale, nie występujący nigdzie indziej na świecie (gorący, uwędzony omul - palce lizać!). Po każdej wyprawie na zamarznięty Bajkał potrzebny jest dobry relaks. Najlepiej iść do bani, czyli syberyjskiej sauny parowej, pełniącej funkcję łazienki. To nieduży drewniany domek wyposażony w porządny piec, który nagrzewa leżące na nim kamienie i zbiornik wypełniony wodą. Korzystamy z takiego przybytku w Bolszych Kotach. Wchodzimy do bani, gdy powietrze jest już gorące i przepełnione intensywnym aromatem żywicy. Siadamy na ławach, rozgrzewamy się i czujemy, jak stopniowo opada w nas napięcie po wielu godzinach spędzonych na lodzie. Na gorące kamienie wylewamy przyniesioną z przerębla wodę, która z sykiem przemienia się w parę i uderza pod sufit. Okładamy się brzozowymi witkami. Gdy jest już tak gorąco, że nie możemy wytrzymać, wybiegamy z rozpalonej bani na 25-stopniowy mróz i nacieramy się śniegiem. Gdzieś w dali huczy Bajkał. Ala i Jędrzej Łukowscy

wielki mróz i ostry wiatr tekst